|
| |
| strona główna zielarstwo / Eksperymenty | |
| kulinaria Zielarstwo.pokazy Eksperymenty |
EKSPERYMENTY
Chciałybyśmy podzielić się garścią przemyśleń zdobywanych w trakcie prowadzenia eksperymentów archeologicznych. Może pozwoli to innym uniknąć naszych błędów, lub dowiedzieć się więcej na temat sposobów rekonstruowania dawnych receptur. Poniżej opisywać będziemy niektóre z etapów naszych doświadczeń, błędy jakich należy unikać, poprawki jakie trzeba wprowadzać. Pełne opisy eksperymentów ukażą się w formie druku. Będziemy weryfikować poznane receptury i zestawiać nowe. Eksperymenty dotyczyć będą głównie chemii roślinnej, ale w zasadzie skomponowanie nowej potrawy na bazie "historycznych" składników i wyposażenia kuchennego też jest archeologią doświadczalną. Wyniki tych ostatnich prób prezentujemy w dziale KULINARIA. Aby ekperyment uznać za przeprowadzony poprawnie, potrzeba wiele cierpliwości, mnóstwo czasu i przygotowań, gromadzenia materiałów, narzędzi i surowców. Do tego dochodzi konieczność powtarzania, opisywania, analizowania. Informacje prezentowane poniżej są tylko wycinkiem całej opreacji- dlatego przyrost tekstu nie będzie bardzo dynamiczny, liczymy w tej kwestii na zrozumienie.
02.10.2007 Po raz pierwszy spróbowałam wykonać maść ziołową. Na razie, będąc pozbawioną wiedzy starszych pokoleń, tej przekazywanej przez doświadczone babcie i mamy, wersje beta maści wykonałam przy pomocy współczesnych naczyń i urządzeń. Także proporcje są bardzo „na oko” Składniki: miarka suszonych płatków nagietka, miarka oleju lnianego, woda, odrobina wosku. Suszone zioła gotowałam dosyć długo- powstał mocny wywar barwy ciepłego brązu, wpadający w pomarańczowy. Odcedziłam zioła. Do gorącego płynu dolałam olej lniany i nadal gotowałam, aby substancja odparowała. Jak mi się wydawało, że już, dołożyłam do gorącego wosk pszczeli. Przelałam do kubeczka i zostawiłam do ostygnięcia. Niewątpliwym błędem było zbyt szybkie gotowanie zamiast powolnego odparowywania w ciepłym miejscu (co jest możliwe przy piecu lub ognisku, a i naczynie gliniane inaczej pewnie pracuje)- te nieliczne resztki nagietka jakie jednak zostały w wywarze po prostu się usmażyły na oleju. Dały potem brzydką wydzielinę, jaka towarzyszyła maści w naczyniu w którym zastygła. Po zastygnięciu maść miała przyjemny kolor i zapach. Była za gęsta- wosku należy dodać naprawdę odrobinę- moja maść można skrobać, roztapia się dopiero potem pod wpływem ciepła ciała. Działa wyśmienicie na otarcia i drobne skaleczenia- testowaliśmy to na sobie. Następna maść zostanie wykonana już w naczyniach znanych z wczesnego średniowiecza , z ówczesnym zapleczem. Równocześnie zacznę testować przydatność rumianku.
Brzydkiej brązowej cieczy pozbyłam sie po prostu wyjmując maść z naczynia (jedyny plus tego że jest za gęsta) i obmywając ją wodą. Małgorzata
27.10.2007 Mydło z owoców kasztanowca. Składniki: owoce kasztanowca. Prawie cały duży kosz tegorocznych kasztanów został przeznaczony „na mydło”. Kasztany obrałyśmy ze skórki, zostały posiekane a potem roztarte na miazgę (tu doskonale nada się żarno nieckowate). Następnie zostały zalane ciepłą wodą i zagotowane aż do momentu gdy powstała gładka, gęsta masa. Podczas gotowania objętość kasztanów zmniejszyła się o około 30%. Na tacach wyłożonych płótnem układałyśmy niewielkie, mniejsze od pięści porcje mydła, mocno je zgniatając w dłoniach. W założeniu miały sobie spokojnie wyschnąć w ciepłym i przewiewnym miejscu. Najpierw jednak zaczęły pękać, a po tygodniu pokryły się ciemną pleśnią. I zostały wyrzucone. Z braku surowca następne podejście do robienia mydła dopiero za czas jakiś, chyba że uda się pozyskać jakimś cudem kasztany jeszcze przed następnym sezonem. Udało się uratować niewielką porcyjkę mydła, która została wcześniej ułożona w innym, znacznie cieplejszym miejscu. Można z niej było skorzystać. Mydło nie pieni się, ładnie się rozprowadza na ciele, bardzo przyjemnie pachnie (przy gotowaniu jest to zapach podobny do woni ziemniaków, potem jest zupełnie inny). Można stwierdzić dobre właściwości myjące. Im bardzie wysycha tym bardzie robi się kruche- docelowo chyba nie da się utrzymać kształtu bryłki, a mydło będzie miało postać proszku. Podobnie z kolorem- początkowo jest jasny, kremowy, potem nieco brązowieje.
Błędy: gotowe mokre mydło trzeba suszyć tak jak duże grzyby lub całe owoce , w bardzo ciepłym i przewiewnym miejscu, najlepiej na piecu. Z rozwiązań współczesnych może być to piekarnik z nawiewem, my z tego jednak nie będziemy korzystać. Marta
06.12.2007 nasza masć nagietkowa została przekazana Fjolnirowi z drużyny Eisen Ruoth, celem wypróbowania jej w warunkach zimowego bytowania w skansenie na Wolinie- tym samym, jakby nie patrzył, mam możliwość testowania leku na ludziach :))) zaś ich opinie zamieszczone zostaną po zakończeniu wyprawy. Maść miała znacznie lepszą smarowność niż ta pierwsza (dodałam mniej wosku) ale też chyba za małe nasycenie (zbyt krótko odparowywałam napar). Z zagadnień w tym temacie- maść z pierwszej partii, z 2 października, na skutek przechowywania w pojemniczku plastikowym- nie szkodzi że w lodówce, zaczęła pleśnieć. Ta która otrzymał Fjolnir od razu została umieszczona w naczyniu glinianym, wróżę jej dłuższą date przydatności. Małgorzata
20.12.2007 Tym razem podeszłam do zagadnienia pachnideł. Do pewnego momentu naszych dziejów (i przez ich wiekszość) pachnidła np do ciała wykonywane były na bazie tłuszczu. Bogatsza w wiedzę wyniesioną z Muzeum Perfum we Francji, postanowiłam sama przenieść zapach do mazidła, innymi słowy wycisnąć co się da z ziół i zachować to w postaci pachnidła. Specyficzne perfumy postanowiłam wykonac z kwiatu lawendy, który w postaci suszu jest teraz najłatwiej dostepny. Eksperymenty ze świeżymi roślinami muszą parę miesięcy poczekać. Składniki: 250 g wytopionego tłuszczu zwierzęcego (może być smalec) 25 g suszonego kwiatu lawendy Smalec roztopiłam w naczyniu glinianym i połączyłam z lawendą. Ważne żeby wszystko to robić w średnich temperaturach, żeby, tak jak kiedyś nagietka, nie usmażyć. Odstawiłam to na tydzień, żeby się przegryzło. Proporcje użyte tym razem zostały wg złotych przepisów babci 1:10. Mikstura stoi sobie w ciepłym miejscu, prawie od razu przestała pachnieć smalcem, a zaczęła lawendą. Małgorzata
29.12.2007 Mazidło lawendowe pachnie całkiem przyjemnie, nie tak ostro jak na początku. Nie ma nawet śladu jakichkolwiek negatywnych zmian (np pleśni czy innego nalotu). W związku z zachęcającym stanem zachowania, naczynie umieściłam w drugim z wodą i roztopiłam wszystko. Płynną substancję przecedziłam przez niezbyt gęste lniane płótno, aby kwiaty lawendy odzdzielić od reszty. Otrzymałam zielonkawe (skąd ten kolor?) mazidło o ślicznym zapachu, dobrej smarowności i gładkiej konsystencji. Zapach dosyć długo utrzymuje sie na skórze .
Całą uzyskaną substancję podzieliłam na 4 części- 1 idzie do zimnej piwnicy, druga zostaje w ciepełku, natomiast 2/4 dostąpią przyjemności powtórzenia opisanego procesu. Z doświadczeń manufaktur perfumeryjnych wynika, że aby nasycić tłuszcz na trwałe, trzeba go wielokrotnie mieszać z kwiatami. Co zresztą jest po prostu logiczne. Zobaczymy. Małgorzata 25.01.2008 Lep łowiecki. Sugerując się barwnym, acz krótkim opisem w Kulturze Ludowej Słowian K.Moszyńskiego sposobu przygotowywania lepów łowieckich, podjęłam decyzje, że trzeba się wreszcie zmierzyć z tym problemem. Miałam już zgromadzony surowiec (40 dag suszonej jemioły- wszystkie części rośliny), zostało tylko działać. Wykorzystałam współczesne naczynie, stan zdrowia nie bardzo pozwolił mi na sterczenie na zewnątrz przy ognisku niewiadomo ile czasu. Jemioła była rozdrobniona, została zalana wodą i gotowana. Po dwóch godzianch nie wydarzyło się nic. A miało- swobodnie cytując K.Moszyńskiego- wkładaja krzak jemioły do garnka i wygotowują aż do powstania lepu. Ciecz jaka powstała z mojego gotowania barwy brązowawej, ani w ząb nie była lepka. Jedyną lepką sprawą były jagody- rzeczywiście przyklejały się do doni. Wniosek z tego taki, że trzeba teraz spróbować ze świeżą jemiołą, a potem w razie niepowodzenia z samymi jagodami. Tym razem wynik mojej pracy powędrował do śmietnika. Obiecałam sobie, ze na jakiejś trzydniowej imprezie wywar z jemiołą będzie stał non stop przy ognisku. Może coś z tego wyjdzie. Małgorzata 17.02.2008 Farbowanie. W ramach przygototwań do sezonu, w którym Marta zarzeka sie, że zacznie profesjonalne farbowanie ze wszystkimi tam zaprawami, fermentacjami, kiszeniami, wykonałam w ramach przygotowań serię próbek na naturalnej wełnie. W odpowiednim momencie posłużą do badań mikroskopowych, a teraz cieszą oko swoimi kolorami. Próbki z lat ubiegłych, przez częstą ekspozycję na słońcu mocno zbladły- opowiadaie przy ich wykorzystaniu o barwnikach jest już mało spektakularne. Zostaną jednak zachowane- ciekawe kiedy wyblakną całkowicie. Poniższe próbki farbowane są wg proporcji wagowych 1:1 z suszonego surowca,bez zaprawy i utrwalaczy, na zimno.
od lewej: wełna naturalna, dalej barwy uzyskane w kwiecie malwy czarnej, owocu żurawiny, kurkumie, korze dębu. Próbki reprezentują ogólny problem farbowania, ale nie w konkretnym okresie pra- lub historii. Prace trwają. Małgorzata
19.03.2008 Sól. Na specjalną okazję, czyli imprezę w Kaniach Helenowskich (porównaj kalendarium) zostaną przygotowane specjalne dodatki- octy ziołowe, herbatki, ciastka, mieszanki warzywne oraz woskowe świece. Marta prowadzi prace nad produkcją wina... W tym zakresie znalazła się również sól, którą przygotowuję samodzielnie. Wykonałam z gliny specjalne naczynia, nieco większe od pięści, zostały one wypalone w ognisku.Najpierw bardzo długo odparowywałam solankę w glinianym naczyniu przy ognisku. Kiedy zrobiła się taka paćka (pojawiła się sól), przełożyłam to do rożków i dalej suszyłam. Sól przeniknęła przez ścianki naczyń, wysuszła się dosyć szybko. Co ciekawe pojawiły się nawet kryształki. Sól jest jedną bryłą, trzeba ją będzie skrobać nożem. Największy plus to łatwość transportu- nie wysypie się. Barwa jest nawet znośna, nie zupenie biała, ale jakoś udało się jej nie okopcić- może dlatego, ze stała nie bezpośrednio w ogniu, dzięki ostremu dnu można ją wbić w piasek. Małgorzata
29.04.2008 W grudniu przygotowywałam pachnidło, które zostało przełożone do glinianych, małych naczynek. Naczynka lepiłam sama, wypalałam je w atmosferze utleniającej, w ognisku. Naczynka z pachnidłem stały sobie w temperaturze mniej niż pokojowej. Ale efekt tego postoju jest zadziwiający. Gładka, pachnąca maź, wykonana na bazie tłuszczu częściowo wsiąkła w ścianki (lub wyparowała). To co zostało nadal ładnie pachnie, ale wygląda kiepsko....
Przy tej okazji zastanowiła mnie inna kwestia. Z epoki brązu i wczesnej epoki żelaza (Biskupin) znane są małe lepione ręcznie naczynka. Jedni twierdzą, że lepiły je dzieci u stóp matki, inni, ze są to naczynka do leków, przypraw, maści. Naczynia sa bardzo podobne do moich, więc z tymi maściami to byłabym ostrożna- albo można je było przechowywać tylko zimą, albo ich przeznaczenie było jednak inne. Albo maści robiono z innej bazy, z czym postaram się zapoznać. Lub przechowywano je w innych opakowaniach (kora, skóra? - to też trzeba wypróbować) Dodam, ze swoich naczyń niczym nie przykryłam, a maść z tej samej produkcji w palstikowym naczyniu zamknietym i przechowywanym w lodówce ma się świetnie. Małgorzata
11.05.2008 Przy okazji robienia nowej maści nagietkowej, jedna porcję potraktowałam w specjalny sposób. Odparowałam ją tylko trochę, tak by na górze wytrącił się gruby korzuch wosku a poniżej została ciecz. Ciekawa jestem czy w jakiś sposób takie zalanie woskiem zapobiegnie psuciu sie wywaru i ograniczy jego wyparowywanie..
Małgorzata
01.08.2008 Przprowadziłam ciekawa pogawedkę z kolega trudniącym sie ważeniem soli jako takiej. Okazało się, że sól ziołowa mojej produkcji jest jak najbardziej prawidłowo warzona. Gdy wspomniałam o możliwości suszenia paćki na glinianej prażnicy, okazało się, że potwierdziłam rodząca się obecnie teorię na temat ewolucji naczyń do przygotowywania soli. Daje mi to kolejny argument, że sprzęty w wczesnego średniowiecza można wykorzystywać zupelnie tradycyjnie ale w razie potrzeby mniej konwencjonalnie. Cel uświęca środki :))) Małgorzata
Chciałybyśmy nadrobić kronikarskie zaległości, dlatego przedstawiamy poniżej kilka spraw związanych z rokiem 2009 i nowym obszarem zainteresowań- KUCHNIĄ. Mam nadzieję, że będzie to wybaczone. Na usprawiedliwienie dodamy, że w marcu 2010 wychodzi książka pióra Małgorzaty "Przy słowiańskim stole". Będzie to rodzaj poradnika, pokazujacego skąd brać wiedzę o pożywieniu we wczesnym sredniowieczu, jakimi źródłami archeologicznymi dysponujemy, co mówią dawne kroniki, co zostało w kulturze ludowej. Znajdzie się tam garść rekonstruowanych przepisów na różne ciekawe potrawy. Informacji , na wiosnę, trzeba szukać w wydawnictwie Triglav oraz na allegro.pl Poradnik jest narazie przymiarką do poważnej monografii, ale to za jakiś czas. 28.03 2009 Pieczenie w ognisku. Od dłuższego czasu chodziło mi po głowie przećwiczenie różnych sposobów pieczenia mięsa, z konieczności tego jadanego w moim domu (ktoś musi spróbować)- czyli ryb. Pojedyncze sztuki upiekłam w glinie oraz soli, podobno te w glinie są smaczniejsze, ale w soli wygladaja bardziej apetycznie. Na zdjeciu poniżej jest jeszcze żytni chlebek, zawiniety w liście kapusty- jedyne duże liście dostepne o tej porze roku. Z uwagi na koszt soli, pieczenie w niej nie było chyba zbyt powszechne w dawnych wiekach, chociaż gwoli ścisłości musze przyznać, że można sól użyć ponownie ( z lekkim rybim smrodkiem). Pod paleniskiem zakopałam jaja kurze, żeby upiekły się na twardo. Nie upiekły się- może było zbyt głeboko? Albo odizolowała je warstwa produktów pieczonych w popiele? Zobaczymy w czasie kolejnych prób.
Ryba w soli jest bardzo łatwa do przygotowania- na warstwę wilgotnej, niejodowanej soli ułozyłam rybkę i oblepiłam ją słona paćką ze wszystkich stron. Rybe w glinie przygotowałam już w bardziej "wyszukany" sposób. Wypatroszona rybę napełniłam czosnkiem, zawinęłam w liście kapusty i dopiero oblepiłam gliną. Przy okazji chciałam sprawdzić, czy kapusta zostawia na polepie (wypalonej glinie) jakieś konkretne ślady.
Archeolodzy czesto wspominają, że istnieje trudność w identyfikacji pozostałości kapusty w materiale wykopaliskowym, bo ani sie nie odbija, ani nie zwęgla, trudno też znaleźć ziarniaki. I racja. Śladów brak. Jakiś czas temu w piśmie Antiquity opublikowano wyniki eksperymentów angielskich naukowców, którzy zidentyfikowali "resztki" kapusty w naczyniach wykopaliskowych. Okazało się, że substancją którą można wyodrębnić jest "wosk" znajdujący się na liściach.
Tymczasem kolekcja kapuścianej polepy rośnie, i pewnie niebawem zostanie wpakowana pod mikroskop. Małgorzata 02.05.2008 Mydło. Ciągle natykamy się na wzmianki o wykonywaniu w dawnych wiekach (chociaż nie wiadomo dobrze od kiedy) mydła z ługu i sadła. Ten projekt postanowiłam zrealizować w trakcie Turnieju w Czersku, jako dosyć bezpiecznego chronologicznie. W miedziany kociołek wsypałam ok pół kilograma przesianego popiołu drzewnego i zalałam to wodą. Gotowałam około godziny na ognisku, aż trochę zmieniło konsystencję, wody znacznie ubyło. Wybrałam jakieś zapomniane wegielki (chyba jednak niezbyt dokładnie, jak sie potem okazało). Do tej masy wrzuciłam pół kilograma tłuszczu ( smalcu) i zostawiłam do zagotowania. Gotowało się wiele, wiele godzin aż w miare się połączyło ze sobą w coś bardzo mało apetycznego. To co powstało jest naprawde bardzo żrące, przez co najmniej 48 godzin. Potem mozna używac. Ale jak? moje mydło to tłusta, ochydna masa, śmierdzaca łojem, mająca kolor szary.
Co prawda świetnie zmywa z rąk zabrudzenia np sadzą, ale jak tym prać? Chyba więcej trzeba uwagi poświęcić popiołowi, przesiać go bardzo, bardzo dokładnie, a może palić określony gatunek drzewa? Powzięto mocne postanowienie zajęcia się tą kwestią na kolejnych pokazach. Małgorzata
20.06.2009 Testowanie naczyń. Od kilku już lat gotujemy w replikach naczyń wczesnośredniowiecznych (i nie tylko), baza surowcowa stale rośnie, znajdują sie też życzliwi ludzie, którzy oddają nam swoje wyroby do testowania. W Szczecinie gotowałam w garnkach z trzech źródeł, z tylu też rodzajów gliny. Nie pękł mi żaden, co jest już sporym sukcesem. Jeden garnuszek (na dole po lewej) został poddany swojemu dziewiczemu gotowaniu, przy czym, aby uszczelnić pory w strukturze naczynia, zwykle gotuję w nim mleko, kefir itp. Ładnie się zatyka, potem już wcale nie przesiąka. W tych właśnie naczyniach nie tylko gotuję, ale także smażę w głebokim tłuszczu i podsmażam składniki.
W trakcie pokazów używam replik narzędzi znanych z wczesnego średniwoiecza, m.in dzież, noży, łyżek i czerpaków oraz rewelacyjnej, mojej ulubionej mątewki.
Tylko zbliżenie się do oryginalnego wyposażenia ówczesnej kuchni gwarantuje trafność obserwacji- nie jest to moje odkrycie, tylko naczelna zasada archeologii doświadczalnej, opisanej chyba po raz pierwszy przez J.Colesa "Archeologia eksperymentalna". Aż mi głupio, że dopiero teraz wspomniałam o tej książce.... Małgorzata
04-06.07.2009 Piec jamowy. Na festiwalu w Kernave zbudowałam w płytkiej jamie bardzo milutkie palenisko, które ma wiecej zalet niż ognisko całkiem otwarte. Wydaje mi się, ze niekeidy na stanowiskach wczesnośredniowiecznych, gdy mowa o płytkich jamach wypełnionych polepą i węglami drzewnymi, nieznanej funkcji, część z nich mogałby być własnie tego typu urządzeniami. Taki pomysł poparła w rozmowie m.in Pani Danuta Jaskanis, autorka monografii o Święcku (2009).
Lepienie
Suszenie
Festiwal trwa trzy dni, żeby to wszytko miało sens przez dwa dni powinien być prowadzony normalny pokaz. Dlatego nie było dane wyschnąć w spokoju mojemu piecykowi, i w rewanżu popękał. Ale mimo to działał bez zarzutu. Na ściankach, rozgrzanych do około 200 stopni, piekłyśmy placki na zakwasie i na drożdżach. Udawały się znakomicie, rosły i przypiekały się w odpowiedni sposób.
Ścianki tego piekarnika czyściłyśmy za pomocą zmontowanej na miejscu wierzbowej miotełki- sprawdza się ona wtedy, gdy liście są świeże. Gdy wyschną, malowniczo się zapalają. Cały czas na środku pali sie ogień, po rozgrzaniu ścianek nie potrzeba wiele paliwa, by utrzymać temperaturę. Robiliśmy pomiary kamerą termowizyjną, temperatura na ściankch dochodziła spokojnie do 180 stopni, w środku była znacznie większa.
Jedyny kłopot to zdejmowanie placuszków/podpłomyków. Upieczone zjeżdżały ze ścianek, i trzeba było je ręcznie wyjmować. Przypominam: 200 stopni. Podobny piec jamowy zbudowałam w czasie Festiwalu na Wolinie- było ok. Przy okazji obserwowałam jakie są różnice techniczne podczas gotowania w kociołku żelaznym a naczyniu glinianym Na poniższym zdjęciu temicznym dobrze widać jak rozkładała sie temperatura już na palenisku- i czy trzeba powtarzać, że jak gotuje się w glinianym garnku to trzeba go często okręcać?
a to klasyczne zdjęcie tej samej "martwej natury" , ale w nieco innym ujęciu
Dzięki okrecaniu w czasie gotowania nie przypala sie jedzenie, a naczynie jest równo narażone na działanie ciepła. A na dodatek- może i w kociołku gotuje sie szybciej (ryzyko pękniecia jest żadne, więc się nie uważa przy podsycaniu ognia), ale równie dobrze przyrządza sie potrawy w glinianym garnku. Nie jest on gorszy od metalowego.
Małgorzata
10.04.2010 Założyliśmy eksperymentalny ogród wczesnośredniowieczny oraz zielnik średniowieczny. Nazbierało sie przy tym tyle informacji, i spodziewam się wielu kolejnych, że powołanie zostanie specjalny archeo-blog na stronach www.archeoconcept.pl gdzie będę zamieszczała wszystkie obserwacje ogródka i zielnika. Do prac ogrodniczych bedziemy używac także narzedzi "pradziejowych", jak np takiego sadzaka (do wytyczania rowków na nasiona, robienia dziurek itp). Sadzak jest autorstwa Jarka Rogownika :), wykonano go z poroża jelenia.
Przy okazji prac ogrodniczych wykopaliśmy piękny okaz pasternaku zwyczajnego (pastinaca sativa)- jest to roślina stwierdzona w warstwach wczesnośredniwoiecznego Gdańska, Krakowa, Opola Ostrówka i Wolina. Doskonała do polewek, spożycia na surowo, szczególnie ważna teraz na przednówku jako pożywienie głodowe.
Małgorzata
19.06.2010 Zgodnie z moimi słowami na poczatku roku zakończone zostały prace nad książką i dziś w Szczecinie odbyła sie jej promocja. Zapraszam do lektury i zabawy w sredniowieczne gotowanie.
więcej o niej na stronach mojego wydawcy czyli tutaj Małgorzata |
| Copyright ©2012 by zielarstwo | |